Znany polski wokalista Kazik Staszewski śpiewał swego czasu, że w Polsce - biurokracja od czasów upadku komuny rozrosła się trzykrotnie. Mimo, że piosenka z której pochodzi ten fragment powstała w 2000 roku, to dziś pasuje idealnie, z tą różnicą, że urzędników mamy trochę więcej.
Wydawałoby się, że światowy kryzys zmusi rządzących do szukania oszczędności w sferze administracji, nic bardziej mylnego. Co prawda według Głównego Urzędu Statystycznego w I połowie 2011 roku, zatrudnienie urzędników zmniejszyło się o 2,2 %, mimo to w 2012 roku liczba urzędników przekroczy 0,5 mln. Rosnąca ilość etatów wiąże się ze wzrostem dotychczasowych podatków i pojawieniem nowych form opodatkowania. Najnowszy pomysł to podatek od deszczu.
Znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że w porównaniu z innym państwami europejskimi i tak mamy za mało urzędników, bo przecież Niemcy mają ich trzykrotnie więcej. Trzeba wziąć pod uwagę, że nasz zachodni sąsiad mimo, iż ludnościowo większy dwukrotnie, to PKB ma większe czterokrotnie. Natomiast jeśli spojrzymy na kraje Skandynawskie takie jak Finlandia, czy Szwecja, to tam procent ogółu zatrudnienia urzędników jest mniejszy niż w Polsce.
Problem polskiej biurokracji to nie jedynie rosnące zatrudnienie. To przede wszystkim niska wydajność pracy zatrudnionych już urzędników, a trzeba zaznaczyć, że dzięki informatyzacji zmniejsza się ilość pracy, którą muszą wykonać. Urzędnikom nie zależy na wydajności pracy, ponieważ w większości urzędów, brakuje motywacji w postaci kar i nagród. Nie można oczywiście wrzucać wszystkich do jednego worka, bo są wśród nich również osoby kompetentne, służące nam pomocą każdego dnia. Warto by jednak pomyśleć nad wprowadzeniem wspomnianego systemu nagród i kar, bo nie od dziś wiadomo, że nic lepiej nie motywuje pracownika od stanu konta po wypłacie.



Dla tego tez PO wygrywa w wielkich mistach. Bo wlasnie w wielkich miastach siedza biurokraci u koryta. A w raz z nimi cale rodziny.